Araszkiewicz: Polacy są takim narodem, gdzie każdy jest trenerem, lekarzem, politykiem

Jest jed­nym z tych piłkarzy, o którym każdy kibic Lecha Poz­nań musi pamię­tać. Dla młodych piłkarzy powinien być auto­ry­tetem. Jest leg­endą Kole­jorza. O kim mowa? Zaparz­cie sobie dużą herbatę i zaprasza­my do bard­zo obsz­ernego wywiadu z Jarosławem Araszkiewiczem — pię­ciokrot­nym mis­trzem Pol­s­ki!

Klau­dia Kaźmier­czak, Karol Jaroni (LechNews.pl): Co było dla pana bardziej stre­su­jące? Niestrzelony karny z Barceloną czy pomył­ka pod­czas losowa­nia Pucharu Pol­s­ki?

Jarosław Araszkiewicz: Chy­ba oby­d­wie rzeczy. Wiado­mo, że karnego chci­ałem strzelić – nie udało mi się. Jeśli chodzi o samo losowanie, to może też nie był to do koń­ca mój błąd, bo wystar­czy, żeby przy szóstce była krop­ka i było­by okej. Coś po sobie zostaw­ię. Niestrzelony karny i fan­tasty­czne losowanie, o którym ostat­nio wspom­i­nał nawet Boży­dar Iwanow mówiąc, że nie powtórzy takiego losowa­nia jak ja.

Jak to było praw­ie wye­lim­i­nować tę Barcelonę? Z Euse­bio, Mil­lą, Bakero, czy Linek­erem w składzie? Praw­ie to olbrzymia rzecz. Nikt się nie spodziewał tego, że my może­my wye­lim­i­nować Barcelonę. Jechal­iśmy tam na strace­nie. Wsiedliśmy w samolot, zale­cieliśmy do Barcelony. Najwięk­szą atrakcją był właśnie nasz samolot — to był chy­ba jeszcze ten rocznik, który bom­bar­dował Berlin! Mecze z Bar­cą to było jed­nak fajne, wspani­ałe przeży­cie. Ter­az, gdy oglą­dam Barcelonę na ich sta­dion­ie, to wiem, że tam trochę tej muraw­ie pob­ie­gałem, cho­ci­aż pewnie kil­ka razy była już zmieniona. To faj­na sprawa. Te olbrzymie szat­nie, zaplecze, to muzeum, kino, kapli­ca, wyjś­cie na sta­dion, gdzie było „tylko” 40 tysię­cy. My dla nich byliśmy egzo­ty­cznym zespołem. Po samym losowa­niu do Poz­na­nia przy­jechała kat­alońs­ka telewiz­ja. Obser­wowała nas przez 15 min­ut na treningu, zro­bili krót­ki mate­ri­ał o „ogórkach” i pojechali.

Dlaczego obec­ne­mu Lechowi nie wyszło z Basel i nie zagrali tak jak tamten Lech z Barceloną?

Lech z Basel grał cztery razy. Wszyscy mówili, że musimy z nimi wygrać. Potem – rewanż wygramy. Trze­cie spotkanie – ter­az wypa­da już wygrać. Czwarty – jak może­my znowu prze­grać. Ja nie mówię, że Basel ma patent na Lecha, bo patent to ma się w pol­skiej lidze. My mieliśmy kiedyś u siebie patent na Górni­ka Zabrze. Obo­jęt­nie jak byśmy grali to i tak wygry­wal­iśmy cho­ci­aż jed­ną bramką. W pol­skiej lidze zawsze tak było, że z jed­ny­mi się grało lżej, z innym nie. Ciężko mi cokol­wiek powiedzieć o meczach z Basel. Sztab szkole­niowy był bard­zo rozbu­dowany. Każdy wiedzi­ał, co ma robić i przekazy­wał infor­ma­c­je o zawod­nikach drużyny prze­ci­wnej. Nie wiem, czemu dzi­ało się tak, że prze­gry­wal­iśmy. Trze­ba mieć jeszcze szczęś­cie, bo to, że ma się fajne umiejęt­noś­ci i zespół, to jed­no. Potrzeb­na jest jeszcze odrobi­na szczęś­cia, żeby Pan Bóg na poprzeczce posiedzi­ał 90 min­ut plus dolic­zony czas.

Wspom­ni­ał pan o rozbu­dowanym szta­bie. Jak bard­zo ówczes­ny sztab różni się od tego, z którym pan miał okazję pra­cow­ać?

To co było za moich cza­sów w porów­na­niu do ter­aźniejs­zoś­ci to przepaść. Mój pier­wszy samochód to był maluch, a obec­nie zawod­nik, który dosta­je kon­trakt mając 18 lat kupu­je, nie powiem, że najnowszy, ale nowy mod­el BMW. Samo to świad­czy o tym, gdzie my gral­iśmy. Miałem taką możli­wość, ze mogłem przez tydzień brać czyn­ny udzi­ał w treningach tren­era Ruma­ka. Przy tej rozbu­dowanej bazie, to my mieliśmy kamień łupa­ny. Ja nie będę mówił, że nie było żad­nej różni­cy. Cho­ci­aż­by sam sta­dion. Jak ja zaczy­nałem grać w ekstrak­lasie, to sta­dion Lecha i tak należał do najlep­szych. Ter­az sama otocz­ka, to wszys­tko. Szko­da, że mi lata tak szy­bko prz­ele­ci­ały, albo nie urodzil­iśmy się w tych lat­ach, co trze­ba.

Miał pan okaz­je poroz­maw­iać z trenerem Bakero, gdy ten prowadz­ił Lecha?

Nie, nawet nie wiem czy byłem w okol­i­cy, czy nie prowadz­iłem Sandecji, ale miałem okaz­je poroz­maw­iać z … trenerem Urbanem, który też był przymierzany kiedyś do Lecha jako piłkarz. Trans­fer­ów kiedyś robiło się mało — albo jeden albo dwóch zawod­ników. W okre­sie, gdy miał tu trafić tren­er Urban, miał też przyjść Marek Cho­j­nac­ki. Mieliśmy wtedy jed­nak dobry zespół, było dużo młodzieży i tren­er Łazarek starał się ściągnąć młodego zawod­ni­ka, jak Janusz Kupcewicz, który przyszedł do nas po mis­tr­zost­wach świa­ta. Nie było ścią­ga­nia hur­towo zawod­ników. Mieliśmy swój kli­mat i było fajnie.

DSC_0032

Dlaczego Legii jest tak łat­wo przekon­ać do siebie piłkarzy z innych klubów?

Dziś mamy pra­wo rynku. Wiado­mo, że jeśli chodzi o młod­szych piłkarzy to częs­to rodz­ice o tym decy­du­ją. Może jest też tak, że tutaj dosta­ją mało szan­sy, albo mało się sprawdza­ją. Nagle zmieni­a­ją otocze­nie i tal­ent eksplo­du­je. Tren­er, koledzy, mias­to i wiele innych czyn­ników – to może świad­czyć o tym, że piłkarz w nowym klu­bie może się odbu­dować. Sprawę Bart­ka czy Kaspra moż­na jeszcze zrozu­mieć, ale według mnie prob­le­mem są młodzi piłkarze w szkółkach we Wronkach, którzy również odchodzą. To jest przykre, bo wyglą­da to jak­by ludzie pracu­ją­cy w Akademii nie mogli wszys­tkiego oga­r­nąć i nie wiedzą, co się dzieje za ich ple­ca­mi. Może­my gdy­bać, ale zaraz może się okazać, że dwóch zawod­ników zaraz znowu pójdzie do Legii. Dziś mamy pra­wo rynku, kto ma więk­szą kasę ten rządzi.

Ter­az zawod­nikom nie braku­je za wiele – nie braku­je pieniędzy, ale pan częs­to pow­tarza, że braku­je im jed­nego – radoś­ci gry.

Tren­er jest głównym goś­ciem, który daje radość zawod­nikom. Ja prowadz­iłem pier­wszą ligę, drugą, ter­az jestem w trze­ciej, ale zawsze pow­tarzam, że wszys­tkie prob­le­my rodzinne -dziew­czy­na, rodz­ice- zostaw­ia się za szat­nią. Mówię piłkar­zom, żeby z tym bała­ganem nie wchodzili do drużyny, bo ta atmos­fera, skwas­zona mina, prz­erzu­ca się na resztę zespołu. Ja uważam, że pił­ka noż­na to jeden z najlep­szych zawodów świa­ta — prze­by­wasz na świeżym powi­etrzu, 40 tysię­cy kibiców przy­chodzi na mecze. Każdy kibic jest kry­tykiem i ma coś do powiedzenia. Pola­cy są takim nar­o­dem, gdzie każdy jest trenerem, lekarzem, poli­tykiem. Jeśli zawod­nik przy­chodzi do mnie skwas­zony to mówię mu, że najlepiej to ma wcale nie przy­chodz­ić, żeby nie psuć atmos­fery. U mnie musi być tak, że piłkarz musi mieć radość z tego, co robi. Od cza­su do cza­su musi być jak­iś żart, klep­nię­cie, poroz­maw­ian­ie. Nawet jak zawod­nikowi nie wychodzi, to trze­ba do niego pode­jść i go pod­bu­dować. Niek­tórym jest potrze­ba kry­ty­ka, ale częs­to nasze pociechy tego nie wytrzy­mu­ją. Może kiedyś inna była psy­chi­ka, bo dziś jest tyle tego wszys­tkiego, że my nie może­my tego oga­r­nąć.

Częs­to roz­maw­iam z piłkarza­mi, którzy dziś już nie kopią w piłkę. My też lubil­iśmy balować, ter­az byśmy się z tym nie ukryli – gdzie wyjść, pośmi­ać się, wyp­ić, zabaw­ić. My byliśmy ludź­mi otwarty­mi. Dziś nic się nie ukry­je. Stoisz w sklepie i goś­ciu ciebie nagry­wa, a potem nie wiesz, w którym to było sklepie i o której godzinie.

Pięć powrotów do Lecha i pięć mis­tr­zostw Pol­s­ki – czu­je się pan szczęśli­wym amuletem Kole­jorza?

Ter­az nieste­ty jestem już za stary, żeby powró­cić, by zdobyć mis­tr­zost­wo. Tak kiedyś było, że zawod­ni­cy nie byli sprzedawani tylko wypoży­czani. Jak wracałem zza grani­cy to do macierzys­tego klubu. Zawsze udało mi się tu dograć sezon – jak nie rundę, to końcówkę i zawsze cieszyłem się z mis­tr­zost­wa. Mam nadzieję, że zna­jdzie się następ­ny piłkarz, który mnie pobi­je w zdoby­tych mis­tr­zost­wach, bo trochę to mi już ciąży. Szko­da, że mam tylko dwa małe zdję­cia w klu­bie. Wszys­tko jest bard­zo fajnie mar­ketingowo zro­bione, znalazłem się w złotej 11-stce na 90-lecie klubu na tylu zawod­ników. Może­cie sobie sprawdz­ić, ilu piłkarzy przewinęło się przez Lecha – kiedyś była I liga, III liga i Lech miał trze­ci zespół w A-klasie – tylu było piłkarzy. Mi było dane zała­pać się do 11-stki 90-lecia. Nie wiem czy będę w 100-leciu, ale była to pier­wsza wyróżniona jede­nast­ka. Dla mnie to olbrzy­mi zaszczyt. Chci­ałbym jed­nak moje fotografie, czy całej 11-stki umiejs­cow­ić w fajnym miejs­cu, aby kibice, którzy przy­chodzą to widzieli. Kierown­ik Bartczak, Mirosław Okońs­ki czy ja jesteśmy w tej 11. Znaleźli się tam ci zawod­ni­cy, o których zapom­nieliśmy. Byłem na otwar­ciu Sali Leg­end, ale ja czu­ję się jak mini leg­en­da. Cieszę się, że moje dwa zdję­cia zostały znalezione. Jed­nak uważam, że przez sza­cunek ci piłkarze powin­ni być bardziej wyek­sponowani, bo niek­tórzy niedłu­go zapom­ną, że oni tu grali. Wszyscy mówią, że jestem leg­endą, ikoną, mam auto­ry­tet, ale ja tego nie odczuwam wchodząc na Buł­garską.

Jak to, a fla­ga w Kotle?

Fla­ga? Dawno jej nie widzi­ałem. Może jest gdzieś schowana. Fajnie, ekstra, że tam jest moja twarz, ale mi chodzi o to, że przy­jeżdża­ją ludzie z zewnątrz, inne klu­by i żeby ci ludzie, którzy znaleźli się w tej jede­nastce byli pokazani.

DSC_0018

Zakończył pan kari­erę w 2003 roku. Dłu­go grał pan w piłkę. Mecz z Barceloną był w październiku 1988. Z per­spek­ty­wy cza­su, uważa pan, że to był szczyt kari­ery?

Każdy chci­ał wyjechać za granicę. Nie wiem czy ter­az piłkarze tego chcą. Były inne kon­flik­ty i było to inaczej postrze­gane. Ekstrak­lasa obec­nie jak na pol­skie warun­ki jest opła­cal­na, ale czy wszys­tkim chce się wyjeżdżać? My trochę inaczej funkcjonowal­iśmy. Dostałem ofer­tę z Tur­cji, byłem tam dwa lata i byłem przeko­nany, że jestem wyku­pi­ony przez Bakirkoys­por. Myślę, że gdy­bym grał tam ład­nych kil­ka lat, to już bym tam został, bo są tam fan­tasty­czni ludzie. Wtedy pol­skie zawodow­st­wo w lat­ach 90., a tureck­ie to była przepaść. My cały czas mówimy, że dążymy do pewnego poziomu, ale trochę nam jeszcze braku­je. Oprócz tego, że mamy fajne bazy, że kibice przy­chodzą, ale jeśli chodzi o sam poziom to nie jest on najwyższy i cieszymy się, że mamy pol­ską ekstrak­lasę, którą moż­na zobaczyć na Eurosporcie. Piątkowe i poniedzi­ałkowe mecze to dla nas rekla­ma. Może nie hity kole­j­ki, ale tam gdzie jest ład­ny sta­dion. Do Ruchu mam sza­cunek, ale ich obiekt sza­łu nie robi. To samo Pogo­ni Szczecin, a prze­ważnie mecze lecą albo w Szczecinie albo w Ruchu albo w Łęcznej i może potem ludzie nas odbier­a­ją, że w Polsce się nic nie zmieniło. To właśnie Lech powinien być pokazy­wany na Eurosporcie — sama otocz­ka, mimo niższego poziomu meczu, dużo robi. Sta­dion, reklamy, kibice to fajnie wyglą­da i jeszcze bardziej pozy­ty­wnie odbier­ali by nas w Europie.

Pięć razy wracał pan do Lecha, grał pan też w Legii, Pogo­ni, Dyskobolii, Alu­mini­um Konin, w Izraelu, Niem­czech, a nawet w Tur­cji. Zasługu­je pan na miano piłkarskiego obieżyświa­ta.

Lubiłem zwiedzać świat. Dzię­ki temu, że grałem w piłkę, zwiedz­iłem praw­ie cały glob. Jako jeden z nielicznych byłem w Kor­ei Północ­nej. Byliś­cie?

Nie.

Widzi­cie, a ja byłem. Do dzisi­aj widzę i słyszę, jak o szóstej rano idą dzieci do przed­szko­la i śpiewa­ją. Czu­je­cie? Szós­ta rano! Wzdłuż hotelu idą i śpiewa­ją swoim piskli­wym głosem. Wszys­t­kich ludzi budzili. Pamię­tam też, że śni­ada­nia zaczy­nały się od lodów. Po trzech dni­ach mieliśmy tak rop­ną anginę, że nie mogliśmy dojść do siebie. Jest trochę tych cieka­wostek… Czy to w Chi­nach byliśmy, czy w Ameryce Połud­niowej. Europę to już tak zwiedz­iłem, że byłem tym zmęc­zony. Gdy­bym nie grał w piłkę, to nawet nie wiem, czy do Warsza­wy bym pojechał.

Niewiele szans miał pan na grę w reprezen­tacji Pol­s­ki. 12 meczów, zero bramek. Nie żału­je pan, że tak niewiele mógł się pokazać w biało-czer­wonych barwach?

Ale miałem czer­woną kartkę! W tam­tych lat­ach reprezen­tac­ja Pol­s­ki opier­ała się tylko na zawod­nikach z naszej ligi. Chy­ba tylko Prezes Zbig­niew Boniek grał w Juven­tusie. Wszyscy wys­tępowali w Polsce. To była taka rywal­iza­c­ja, że to jest niewyobrażalne. Gdy ja grałem w Legii, to było tam sześ­ciu pod­sta­wowych reprezen­tan­tów kra­ju. Ciężko było się tam prze­bić. Trochę pograłem, ale potem zła­pałem kon­tuz­je i zostałem odstaw­iony na boczny tor, bo było wiado­mo, że wracam do Lecha i klub nie chci­ał we mnie inwest­ować. To była kolos­al­na rywal­iza­c­ja. W każdym zes­pole były po trzy, cztery gwiazdy, które decy­dowały o wyniku meczu. W Lechu takim piłkarzem był Mirek Okońs­ki, Gdy nie szło nam w meczu, to Mirek dostał jed­ną, czy drugą piłkę i wygral­iśmy 2:0. Były takie przy­pad­ki, że but mu się zep­suł — dziś tego zawod­ni­cy nie zna­ją, bo mają po 30 par korków każdy w innym odcie­niu. Lech miał wtedy pod­pisany kon­takt z Adi­dasem. Ja miałem nowe buty, a Mirkowi jego się pop­suły. On miał stopę od 40 do 44, taką roz­ciągli­wą. To poży­czyłem mu swo­je buty, bo wiedzi­ałem, że mamy pon­ad 50% szans, że wygramy. Zdobył dwie bram­ki, a ja musi­ałem grać w innych i potem się okaza­ło, że miałem takie „blazy”, że nie mogłem chodz­ić, ale trzy punk­ty były. Niekiedy trze­ba było się poświę­cić dla kogoś, żeby osiągnąć wynik.

Obec­na reprezen­tac­ja Pol­s­ki jest bard­zo “porozrzu­cana” w prze­ci­wieńst­wie do pana cza­sów.

Ja myślę, że tren­er Nawał­ka stworzył fajny zespół, fajny kli­mat. Mamy tych 11 ludzi, zna­jdźmy jeszcze trzech, czterech. Odpukać, gdy­by coś stało się Rober­towi to jest Arek Milik, który mógł­by zagrać, ale nie wiem czy on dobrze czuł­by się na tej pozy­cji, gdzie nom­i­nal­nie gra gdzie indziej. Musimy dmuchać i chuchać, żeby ta nasza „11” cały czas była na pełnym gazie i żeby niko­mu się nic nie stało. Przez więk­szość elim­i­nacji grali jed­nym skła­dem, były momen­ty, że ktoś wskoczył, ale człon cały czas grał. Wiado­mo, że jak wyle­ci któryś z tych pod­sta­wowych zawod­ników to następ­ne­mu ciężko jest się wkom­ponować. Mam nadzieję, że Karol dostanie szan­sę i pod­niesie swo­je ego. Szansa na sukces we Francji jest. Pol­s­ka pojechała do Hisz­panii i po pier­wszych dwóch meczach była afera, że mają wracać, że robią wstyd, a na końcu wygrali z Peru 5:1 i od razu pojaw­iły się głosy, że Pol­s­ka zaczęła grać – zajęliśmy wtedy trze­cie miejsce na świecie. A wszyscy wtedy oprócz Boń­ka i chy­ba Józe­fa Mły­nar­czy­ka byli to zawod­ni­cy z pol­skiej ligi. Jak się chce to moż­na. Jak będzie ter­az – zobaczymy, ale ja jestem dobrej myśli. Pol­skie gry zespołowe jakoś się odbu­dowały – siatkówka, ręcz­na, koszykówka może sła­biej, ale tam idziemy mały­mi kroczka­mi do przo­du. Szko­da mi tylko naszych fajnych pań, które się nie zak­wal­i­fikowały do Rio. Trze­ba grać dalej i mam nadzieję, że w dobrych humorach będziemy oglą­dać w stre­fie kibi­ca mecze popi­ja­jąc piwko.

IMG_7885
Jarosław Araszkiewicz z numerem 14 w meczu Lech Poz­nań Old­boys — K.K.S. Wiara Lecha z okazji 93 lecia klubu.

Czy chci­ał­by pan zostać kiedyś trenerem Lecha? Nie było­by to uko­ronowaniem kari­ery w ukochanym klu­bie?

Przez tyle lat gry człowiek musi­ał sobie znaleźć sposób na dal­sze funkcjonowanie. Mi się udało zaist­nieć jako tren­er. Okej, może nie mam jak­iś tam sza­lonych wyników oprócz tego, że pięć razy awan­sowałem do pier­wszej ligi. Ter­az jest tak, że spo­tykam się z jed­nym z prezesów i on już nie patrzył na to, że pię­ciokrot­nie awan­sowałem, tylko powiedzi­ał „no tak, ale tren­erowi się w War­cie nie udało”. No to, jeśli tak zaczy­na roz­mowę, to mógł powiedzieć „panie tren­erze, nie ma żad­nego tem­atu. O niczym nie roz­maw­iamy, bo nie intere­su­je mnie pańs­ka oso­ba!” Nie wiem czy komuś się wtedy w War­cie udało…

Każdy ma jakieś marzenia i każdy chci­ał­by zaist­nieć. Zobaczymy. Dzisi­aj trenu­ję Unię Swarzędz — fajni zawod­ni­cy, młodzi, chęt­ni do pra­cy, nie marudzą. Fan­tasty­czni dzi­ałacze na czele ­­z bur­mistrzem, który chce bard­zo dużo inwest­ować w infra­struk­turę Unii i w młodzież. Blisko, nie stre­su­ję się. Blok wschod­ni już mnie trochę zmęczył, ale jest to taka moje powołanie. Lubię się otaczać młody­mi ludź­mi. Przez pół roku byłem w Wiarze Lecha i fajnie funkcjonowal­iśmy, czy to na treningach czy pod­czas rozmów indy­wid­u­al­nych. Człowiek, jak prze­by­wa pośród młodzieży czu­je się mło­do. Mło­do duchem, bo wiado­mo, że zmarszcz­ki już zostały i pewnie trze­ba będzie botok­sem je wypełnić, ale zobaczymy jak dłu­go jeszcze będzie mi to jeszcze dawało radość z wykony­wa­nia zawodu. Przede wszys­tkim chcę, żeby coś po mnie pozostało. W każdej chwili wiem, że mogę zadz­wonić do klubu, w którym byłem i zawsze poroz­maw­iać i nigdy nie zostaw­iam za sobą spalonej zie­mi. Co będzie dalej? Nie wiem.

Z Sandencją Nowy Sącz pożeg­nał się pan chy­ba na ante­nie Orange Sportu.

Każdy szukał wytłu­maczenia. Tam chy­ba chodz­iło o Trochi­ma?

Między inny­mi.

Ja mu nie powiedzi­ałem, że z niego rezygnu­ję. Po pros­tu wcześniej było już powiedziane, że on, czy inni zawod­ni­cy odchodzą. Potem w oświad­cze­niu klubu wyszło, że to moja wina, ale trud­no. Ktoś musi wziąć to na swo­je bary i wziąłem. Wiem nato­mi­ast, że zawsze jak zadz­wonię do preze­sa Dan­ka, to odbierze i ze mną poroz­maw­ia. Był nawet na tym moim fan­tasty­cznym losowa­niu i sam mi powiedzi­ał, że nigdy moja dro­ga nie jest zamknię­ta i mogę wró­cić do Sandecji.

Jak duża jest różni­ca pomiędzy trenowaniem zespołu pier­ws­zoligowego, jak Warta, a trze­ci­oligowego jak ter­az Unia?

Jest kolos­al­na. Wtedy Warta to był klub zawodowy. Pobier­ali olbrzymie, jak na pier­wszą ligę prof­i­ty i zawod­ni­cy zawsze musieli być do dys­pozy­cji czy Pani prezes, czy mojej. Zawsze musieli gdzieś być jako rekla­ma i nie było żad­nego prob­le­mu, żeby ktoś odmówił. Dzisi­aj prowadzę zespół trze­ci­oligowy, gdzie więk­szość zawod­ników jest stu­den­ta­mi. Śmieję się, że to nie jest Swarzędz­ki Klub Sportowy, tylko Stu­denc­ki Klub Sportowy. Mają swo­je ses­je, obow­iąz­ki i stara­ją się uczyć, chodzą na te AWF-y i trenin­gi są w zależnoś­ci kiedy i komu pasu­je, żeby była bardziej licz­na gru­pa. Powiedzi­ałem, że jestem 24 godziny do dys­pozy­cji piłkarzy i kiedy oni będą mieli czas, żeby potrenować, bard­zo chęt­nie, dzwoni­cie i robimy tren­ing. Wiado­mo, że mamy to wszys­tko rozpisane, ale w takich klubach godziny są jed­nak ruchome. Dzisi­aj też mamy tren­ing biegowy w Swarzędzu, pogo­da dopisu­je, bo jest w miarę ciepło i pytam się kiedy?

-Tren­erze może o tej 17.30, żeby się wszyscy zebrali i żebyśmy pob­ie­gali więk­szą grupą?

-Dobra, okej 17.30. Proszę bard­zo, spo­tykamy się.

Fajnie jest prze­by­wać wśród młodych ludzi. Jest wesoło, moż­na kawały opowiedzieć.

Obec­ny tren­er Śląs­ka Wrocław, Romuald Szukiełow­icz, z którym się pan aku­rat „minął” w Lechu, powiedzi­ał w wywiadzie z Przeglą­dem Sportowym, że „tren­er piłkars­ki pracu­je tam, gdzie go chcą. Nieważne gdzie, ale musi to robić dobrze. Niższe ligi więcej uczą”. Zgadza się pan z tym?

Dobrze powiedzi­ał. Mamy taki zawód, że albo jesteś na super top­ie… Cho­ci­aż nie, ter­az już nikt nie jest na super top­ie, bo nawet Mour­in­ho został zwol­niony. Dzisi­aj siedzisz i czekasz na ofer­tę. Albo dosta­niesz, albo nie. Jesteśmy delikat­nie pod­mi­nowani i cały czas wal­iz­ki musimy mieć spakowane. Albo wylo­tu, albo do wlo­tu. W zależnoś­ci, kto cię chce, albo kto cię wyrzu­ca.

Mar­iusz Rumak dłu­go już czeka na ofer­tę… Do tego stop­nia, że otworzył wraz z Dark­iem Motałą szkołę outpermorming’u. Z Lechem zdobył trzy wicemistr­zost­wa, odpadł trzykrot­nie w trze­ciej rundzie elim­i­nacji europe­js­kich pucharów i więcej chy­ba już nie moż­na było wyciągnąć z tam­tych chłopaków.

Wszyscy mówią, że nawet gdy­by kuchar­ka z Mercure’ego prowadz­iła wtedy Lecha, to też by zdobyła te wicemistr­zost­wa. To nie jest wcale tak łat­wo. Wszyscy mówią „dobra, wicemistr­zost­wo będzie, bo tren­er Rumak prowadzi zespół”. Tren­er Rumak musi­ał jed­nak tego wicemistrza obronić. Każdy prze­cież w Poz­na­niu chci­ał mis­tr­zost­wa. Mate­ri­ał ludz­ki, kon­tuz­je, wszys­tko miało na to wpływ.

Fajnie, że Lech zak­wal­i­fikował się do pucharów. Wiado­mo, że Kole­jorz zawsze chce zdoby­wać mis­tr­zost­wo Pol­s­ki, ale nie zawsze będzie się to udawać. W Polsce są dwa zespoły, które przed każdą rundą mówią „Tak, chce­my wal­czyć o mis­tr­zost­wo”. Resz­ta się czai, jak za oku­pacji. Każdy się chowa za drze­wo i mówi „Boże, jesteśmy na pier­wszym miejs­cu. Co my ter­az zro­bimy?! Co mamy powiedzieć?” Albo grać o coś, albo o utrzy­manie, a my słyszymy „nie wiem, zobaczymy. For­ma zwyżku­je. Jak­byśmy wygrali ten mecz, to może w następ­nym zobaczymy”. Wszys­tko jest prowad­zone bard­zo aseku­ra­cyjnie.

Czego zabrakło tren­erowi Sko­rży, żeby być trenerem na lata? Było dłu­go wyczeki­wane mis­tr­zost­wo, był Super­puchar — bard­zo dobry mecz z Legią, a później przyszedł kryzys. Cho­ci­aż prezes Klim­czak i tak mówił, że kryzy­su nie było.

Jak nie było?! Dobrze, prezes jest bliżej pier­wszego zespołu niż my. Na pewno wie, co tam się dzieje. Jeśli uważa, że nie ma kryzy­su, gdy Lech jest na ostat­niej pozy­cji w tabeli, to kiedy będzie kryzys? Jak Lech spad­nie do trze­ciej ligi? Kibice w Poz­na­niu są przyzwycza­jeni do sukcesów. Obo­jęt­nie, kto będzie trenerem – musi być sukces. Wicemistr­zost­wo kibiców nie zad­owala. Ten sezon mamy już stra­cony. Nawet po przyjś­ciu tren­era Sko­rży mało kto wiedzi­ał, że Lech zdobędzie mis­trza. Mieliśmy sporą stratę. Zade­cy­dowało jed­nak ostat­nie sie­dem spotkań. Lech wygrał na Legii, później wygrał i odskoczył, Legia straciła i wtedy Lech zdobył mis­tr­zost­wo. Przed rundą finałową mówiono „dobrze, jak będzie wicemistr­zost­wo, to nic się nie stanie. Sko­rża prze­jął zespół po tren­erze Rumaku i musi­ał zro­bić korek­tę, inaczej wszys­tko ubrać.” Nikt nie robił tragedii.

Nagle mamy mis­tr­zost­wo, Super­puchar i blisko byliśmy zdoby­cia także Pucharu Pol­s­ki. Mogły być trzy tro­fea, ale zdoby­wamy dwa. Coś się stało, nie wiem co, bo nie roz­maw­iałem z trenerem Maciejem, ani zawod­nika­mi na ten tem­at. Coś się musi­ało wydarzyć, że jed­nak Lech nie zdoby­wał punk­tów. Pamię­ta­jmy, że stwarzał dużo sytu­acji pod­bramkowych i brakowało szczęś­cia, żeby zdobyć bramkę. Z Lechią wygrali 2:1 w dolic­zonym cza­sie, też mieli sytu­acje, ale nie strzelili. Okej, Bozia im dała w dolic­zonym. Później wszys­tko się wyrównu­je- tam dostałeś punkt, to tu musisz odd­ać. Gdzieś tam Pan Bóg dzieli na lewo i na pra­wo, żeby wszyscy byli zad­owoleni. Lechowi brakowało szczęś­cia. Po przyjś­ciu tren­era Urbana sytu­ac­ja się odwró­ciła. Lech nie stwarzał dużo sytu­acji, ale nie tracił bramek i grał bard­zo kon­sek­went­nie. Wystar­czyła jed­na sytu­ac­ja, gdzie Kasper dokładał nogę i wygry­wal­iśmy 1:0. Śmi­al­iśmy się prze­cież, że jak jest Schalke 04, to będzie Lech 1:0. Nie chcę ujmować umiejęt­noś­ci tren­er­s­kich tren­erowi Urbanowi, ale Lech szczęś­cie miał. W sporcie, w życiu i we wszys­tkim jest potrzeb­ne szczęś­cie. Nawet w tot­ka.

Kogo Lechowi będzie bardziej brakowało — Dou­glasa, czy Hamalaine­na?

Bar­ry dał nam kil­ka cen­nych punk­tów, ale on bard­zo dobrze wyglą­dał, gdy cały zespół grał w ofen­sy­wie. Ład­nie się włączał i te passy miał fenom­e­nalne. Niek­tórzy mogli­by się od niego uczyć. Prob­lem był w defen­sy­wie. Nadążał za akc­ja­mi, ale nie był tak agresy­wny, jak cho­ci­aż­by Hen­riquez. Zde­cy­dowali się na trans­fer i życzę mu jak najlepiej w Tur­cji.

Kasper z kolei umi­ał się znaleźć tam, gdzie powinien być. U nas jest wielu zawod­ników, którzy potrafią dużo bie­gać, ale są tam, gdzie nie powin­ni być. Jeśli napast­nik wchodzi w boczną stre­fę i chce dośrod­kować, ale nie ma do kogo, to raczej ciężko, żeby wrzu­cić, dobiec i jeszcze z tego strzelić.

Czy Lecha z obec­nym skła­dem stać na mis­tr­zost­wo Pol­s­ki?

To jest duża różni­ca punk­tów. Nawet po podzie­le­niu punk­tów, Lech musi­ał­by mieć cztery mecze dodatkowe, żeby ugrać. Cóż, bądźmy dobrej myśli. Jeśli Lech będzie wygry­wał, a Legia z Piastem będą gubić punk­ty remisu­jąc, żeby inne zespoły nie goniły z kolei Lecha… Być może mały­mi kroczka­mi znów na far­cie Lech zdobędzie mis­tr­zost­wo.

Czy to nie będzie jed­nak tak, że to Puchar Pol­s­ki będzie najłatwiejszą i najszyb­sza prze­pustką Lecha do europe­js­kich pucharów?

No także pomyliłem „6” z „9” i dlat­ego tak… No ale raczej Legia będzie w finale.

Praw­dopodob­nie. Pamię­ta­jmy, że Lech wygrał ostat­nie trzy spotka­nia z Legią, a cztery na pięć w 2015 roku.

Tak, ale to Legia wygrała ten najważniejszy mecz, 2 maja na Sta­dion­ie Nar­o­dowym. Kibice Legii też mówią „Nie, nie to już koniec. Nie może­my więcej z tym Lechem prze­gry­wać”. Nie wiem, jak ter­az to odbier­a­ją zawod­ni­cy, ale kiedyś było tak, że „możesz prze­grać z każdym, tylko z Legią jak wygrasz, to wszys­tko ci wybaczymy”.

28

A później przy­jeżdża Piast, Podbeskidzie i nie ma już takiej wielkiej napin­ki…

Z taki­mi zespoła­mi się najtrud­niej gra, naprawdę. Lech jest zespołem, który głównie ataku­je. Legia jest zespołem, który ataku­je. Przy­jeżdża­ją mniej możne klu­by i wiedzą, że jak zagra­ją otwartą piłkę na Buł­garskiej, czy Łazienkowskiej, to dostaną „pio­nę”. Dlat­ego dzisi­aj atak w Polsce kule­je. Jed­nak trze­ba troszeczkę więcej pob­ie­gać, trze­ba mieć bardziej kreaty­wnych piłkarzy, którzy muszą stworzyć sytu­acje, wygrać poje­dynek „1 na 1”. Dzisi­aj mało jest takich poje­dynków pomiędzy na przykład skrzy­dłowym, a bocznym obrońcą. Napast­ni­cy też rzad­ko chcą zaryzykować, wygrać poje­dynek i odd­ać strzał. Dzisi­aj to jest „ja do ciebie, ty do mnie i to takie granie, granie…”

Jasne, że nigdy nie będziemy Barceloną. Może Lech na tle pol­skiego rynku tak wyglą­da. Gra piłką, wymienia dużo podań i wszyscy mówią „okej, Barcelona”. Ale prze­cież Barcelona takie akc­je kończy, a w pol­skiej piłce raczej zatrzy­mu­je­my się na „szes­nastce” i jest „łubudubu, laga” i ktoś z boku jedzie i się ści­ga. Musimy mieć sil­niejszą ligę, więcej finan­sów i będziemy mieć więk­sze szanse na Ligę Mis­trzów.

A czy obec­na for­muła Ekstrak­lasy i to, że Lech i Legia zagrali jesienią 38 spotkań — najwięcej w Europie — temu sprzy­ja?

Rac­ja, ale Lech i Legia star­tu­ją we wstęp­nych run­dach i tam nabi­ja­ją te mecze. W więk­szoś­ci wszys­tkie klu­by gra­ją tyle samo. Przykład­owo, run­da ligi hisz­pańskiej to 19 spotkań. Plus Liga Mis­trzów i już mamy opty­mal­ną liczbę meczów. U nas dodali jeszcze wiosenne i wszys­tko się nagro­madz­iło. Przy­na­jm­niej liga się skończy wcześniej. To nie jest wina Legii, czy Lecha, że musimy roz­gry­wać tyle spotkań. To wina całej pol­skiej pił­ki, że nie zdoby­wamy tylu punk­tów do rankingu i zawsze musimy star­tować we wcześniejszych fazach elim­i­nacji. Dobrze, że zaczy­namy od drugiej, a nie od pier­wszej! Nie wiem, gdzie w pier­wszej trze­ba było­by lecieć. Włady­wos­tok?

Trze­ba wejść do Ligi Mis­trzów, naro­bić punk­tów i będziemy rozstaw­ieni.

Mówił pan, że Lechowi brakowało wykończenia, a w ostat­nich lat­ach przy­chodzili sami młodzi napast­ni­cy. Lewandows­ki, Rud­nevs, Teodor­czyk i ter­az wresz­cie 27-let­ni Nielsen…

Z jakiego klubu?

Z duńskiej ligi, Esb­jerg fB. Lech będzie jego dwu­nastym klubem w kari­erze.

Czyli nie ma sza­łu?

Zwiedza świat, podob­nie jak pan kiedyś. Grał w Hisz­panii, Francji, Nor­wegii, we Włoszech. Znany jest z poza boiskowych przygód.

No to fajnie, bo w Poz­na­niu mamy Pashę, kil­ka innych klubów, więc na pewno nie będzie się czuł osamot­niony. Trud­no cokol­wiek powiedzieć. Może Marcin Robak się wyku­ru­je.

Mówił na początku roku, że potrze­bu­je 10–12 tygod­ni, żeby wró­cić do treningu.

Tygod­ni, czy lat?

W takim razie dzisi­aj zosta­je nam tylko Duńczyk. I Kow­naś. Fajnie, bo dwóch napast­ników musi być, żeby była rywal­iza­c­ja, ale chci­ałbym żeby wygrał to Daw­id i żeby powiedzi­ał „panowie, ja już mam swo­je lata. Chcę tutaj zaist­nieć i za dwa lata wyjechać za granicę”.

Kto jest więk­szym tal­en­tem w obec­nym składzie mis­trza Pol­s­ki – Karol Linet­ty czy Daw­id Kow­nac­ki?

Myślę, że tal­en­ty są podob­ne, ale który jak je rozbudu­je to jest w ich kwestii. Karol też cza­sa­mi był kon­tuzjowany, ale szy­bko wracał do pewnego poziomu gry. Daw­id miał dłuższe prz­er­wy i jest rzu­cany z pozy­cji na pozy­cję. Linet­ty ma ugrun­towane miejsce na boisku – gra na szóstce, ter­az został prze­sunię­ty na dziesiątkę. A Daw­id albo gra gdzieś z boku, potem na dziewiątkę – to dwie różne sprawy. Mam nadzieję, że oby­d­waj dadzą nam dużo pociechy, bo są to fajni, młodzi ludzie. Moż­na zawsze z nimi poroz­maw­iać. Daw­id jest wesołym chłopakiem, a Karol jest trochę zamknię­ty i każdą porażkę za cza­sów tren­era Sko­rży dużo brał na swo­je bar­ki.

Fajnie jest jak z zawod­nikiem się roz­maw­ia, gdy moż­na go zapy­tać, na jakiej pozy­cji czu­je się najlepiej, czy jest to dobre dla niego miejsce, czy się speł­nia. Ja zawsze byłem ofen­sy­wny. Nie wyobrażam sobie, gdy­by mnie postaw­ili na lewą obronę. Powiedzi­ałbym: „Okej. Dobrze tren­erze mogę zagrać jeden mecz, ale ratuj się kto może, ja nie mam z tego żad­nej przy­jem­noś­ci”. Serio, gdy­bym grał na innej pozy­cji to nie byłbym zad­owolony – jestem bo jestem. Kil­ka razy byłem wys­taw­iany na lewej czy prawej pomo­cy, nie była to moja nom­i­nal­na pozy­c­ja i czułem się źle i mi nie wychodz­iło. Po takim meczu dostawałem burę meczu od kibiców i musi­ałem się z tym pogodz­ić, ale potem poszedłem do tren­era i mówiłem, że jeśli tak ma być, że nie ma dla mnie miejs­ca na środ­ku, to ja wolę usiąść sobie na ław­ce niż mam psuć jemu humor, kibi­com i sobie. Ja jestem pros­tolin­i­jny i staram się to przekazać. Może nie w wul­gar­ny sposób, agresy­wny, ale praw­domówny, ale niekiedy ludzie tego nie lubią.

Kow­nac­ki bard­zo wcześnie, bo już w wieku 16 lat debi­u­tował w Ekstrak­lasie. Pod­czas Lech Con­fer­ence Tomasz Wał­doch — obec­nie pra­cown­ik akademii Schalke 04 Gelsenkirchen – przed­staw­ił mod­el pra­cy tej niemieck­iej kopal­ni tal­en­tów. Tam każdy zawod­nik musi sukcesy­wnie prze­jść po kolei każdy szczebel akademii. Nie ma przepy­cha­nia „perełek” do starszych roczników. Czy taki sys­tem w Lechu nie był­by właś­ci­wszy dla takich zawod­ników jak Kow­nac­ki?

Nie porównu­jmy się do Bun­desli­gi. Zawod­nik gra­ją­cy w junio­rach mając 16–17 lat, który się wyróż­nia powinien pójść do rez­erw i dopiero wtedy to pier­wszego zespołu. Nie wiem, czy tak powin­no być też u nas, bo jed­nak tych tal­en­tów mamy troszkę mniej. Jeśli Kow­naś miał­by ter­az grać w lidze juniorów, to nie wiem, czy by mu to coś dawało. Strze­lał­by bram­ki, był­by najlep­szy, ale czy miał­by z tego radość? Nie wiem. Dzisi­aj się wybi­ja, jest pozy­ty­wnie nastaw­iony do gry w pier­wszym zes­pole, tylko trze­ba mu dać szanse. Nie, żeby od razu grał w pier­wszym składzie, tylko stop­niowo go wprowadzać do seniorskiej pił­ki.

My mieliśmy tak samo. Miałem 18 lat, jak zacząłem grać w pier­wszym Lechu. Było tak, że albo grałem w pier­wszym zes­pole, albo nie grałem i wtedy siedzi­ałem na ław­ce automaty­cznie jadąc z rez­er­wa­mi dzień później. W ten sposób byłem utrzymy­wany w ryt­mie mec­zowym. Tylko kiedyś trze­cia liga, gdzie grały rez­er­wy, nie była taka jak dzisi­aj, że gra dużo młodzieży. Było kilku juniorów, ale w więk­szoś­ci ci, którzy nie mieś­cili się z pier­wszego zespołu do kadry, grali w rez­erwach.

Ter­az rez­er­wy składa­ją się z juniorów i zawod­ników wraca­ją­cych po kon­tuzji. Coraz częś­ciej moż­na jed­nak spotkać zsyłanie zawod­ni­ka do rez­erw za karę. Ostat­nio mamy przykład Rakel­sa, Flavio Paixao. Gwiazdy, które błyszcza­ły jesienią w Ekstrak­lasie, wios­ną będą za karę grały w rez­erwach (wywiad był przeprowadzany przed ode­jś­ciem Rakel­sa do Read­ing).

Syg­nał z Marsa? Strzelił kil­ka bramek, pobu­jał się, wszędzie wydziarany i co?

Kadar też ma dużo tat­u­aży. Śmieją się z niego, że cały czas przy­chodzi zafo­liowany. Może to kogoś rajcu­je, może to pod­bu­dowu­je kogoś ego. Może im te dziary poma­ga­ją.

Mówi się, że poz­nańs­ka pub­liczność lubi zawod­ników niepoko­rnych, wyjątkowych którzy mają „charak­ter”. Nielsen może pójść ślada­mi Zau­ra Sada­je­wa? Na razie słynie z kon­trow­er­syjnych zdjęć w Internecie, czy ze specy­ficznych sytu­acji boiskowych, jak wyp­icie piwa kibi­cowi, czy roz­er­wanie koszul­ki ze złoś­ci.

No to cho­ci­aż będzie wesoło! Ludzie będą przy­chodz­ić czeka­jąc na niego, jak na atrakcję.

Tak, jak to bywało na pana kon­fer­enc­jach.

Kiedyś może byłem trochę ner­wowy i pory­w­czy. Dzisi­aj nato­mi­ast pod­chodzę do tego już typowo „na luzie”. Nie stre­su­ję się. Nie ma sen­su. Jeśli widzę, że zawod­nikowi nie idzie gra, to nie będę stał nad głową i go wyzy­wał, bo już go nie odzyskam. Tylko spokój może nas ura­tować. Ostat­nio gral­iśmy w War­lu­biu i dwa dni później spotkaliśmy się w klu­bie.

-Tren­erze, może jakaś odprawa po meczu? – zapy­tał się mnie kap­i­tan

-Wiecie co, pozy­ty­wem tego wyjaz­du był de volaille i pomi­dorowa – odpowiedzi­ałem.

Nie chce mi się mieć do kogoś pre­ten­sje. Mam bard­zo młodych zawod­ników i wiem, że jak pod­niosę głos i krzyknę, to mogę go stracić. Wolę go klep­nąć, pocieszyć, „wiem, że chci­ałeś dobrze” i jedziemy. Ostat­nio gramy mecz u siebie, w składzie syn Mar­iusza Skrzypcza­ka- kierown­i­ka pier­wszej drużyny Lecha. Ja sto­ję przy linii, młody „Skrzy­pa” zagry­wa długą piłkę tak, że ta spadła mi pod nogi, a ja ją skleiłem. Mówię do niego „ale ja już nie gram, nie graj do mnie”. No i się obraz­ił. Do dzisiejszej młodzieży trze­ba mieć pode­jś­cie. Jestem pełen podzi­wu dla tren­erów, którzy pracu­ją z tymi mały­mi „bączka­mi”. Ja już mam trochę starszych, ale też w głowach mają już lekko nas­rane. Staram się ich wydo­zować, żeby to miało ręce i nogi.

Dzisiejsza młodzież jest tak rozpieszc­zona, że to prze­chodzi ludzkie poję­cie. Mama przy­wiezie, odwiezie, nakar­mi, obser­wu­je bez stre­su, żeby dziec­ka nie zde­pry­mować. Dziecko wsi­a­da do samo­chodu, dosta­je chip­sy i but­lę coli. Jak pra­cow­ałem w War­cie to widzi­ałem i byłem tym wszys­tkim prz­er­ażony.

Niek­tóre dzieci są tar­gane na siłę, żeby grały w piłkę. Uszczęśli­wian­ie kogoś na siłę mija się z celem. My pchamy dzieci, gdzie tylko coś jest na top­ie. Też mam zna­jomych, których dzieci mają urazy, bo zostały tak zniechę­cone do gry w piłkę. Dziecko mojego zna­jomego, jak usłysza­ło, że ma iść grać w piłkę to płakało. Mamy ogromne wyma­gania, a oprócz tego, że jest się trenerem, powin­no się mieć dobre pode­jś­cie. Przede wszys­tkim do czyichś dzieci, a nie do swoich. Jak mój syn Łukasz grał w piłkę, byłem kry­ty­czny, bo chci­ałem od niego jak najwięcej. Dziec­ka sąsi­a­da nie wypadało mi skrzy­czeć.

IMG_7923

Wspom­ni­ał pan o Drużynie Wiary Lecha. Mógł­by pan powiedzieć coś więcej o tej drużynie?

No jak! Kuba Nowak 100% frek­wencji na treningach! Faj­na gru­pa, nie spodziewałem się. Wszyscy mówią „druży­na kiboli”, „bojówka”. Jak moi zna­jo­mi usłyszeli, że jestem w DWL to mówili –

-Boże, to ty się nie boisz?!

-To są nor­mal­ni ludzie, którzy pracu­ją w poważnych fir­ma­ch, mają również swo­je interesy. Cza­sem na mecze przy­chodzą nawet w gar­ni­tu­rach, bo jadą pros­to z pra­cy.

-Serio?

To są nor­mal­ni ludzie z fan­tasty­czną pasją i pomysłem na zagospo­darowanie sobie cza­su – gra w okręgów­ce. Ter­az jest nowy tren­er, nowa szanse. Byłem nawet ostat­nio na treningu. Nas­tro­je się zmieniły, bo nawet jak bie­gali to nie marudzili. Muszą się przyzwycza­ić do nowego tren­era, trzy­mam kciu­ki, żeby im się powiodło. Jeśli tylko mam możli­woś­ci, to przy­jeżdżam na tren­ing. Ze Swarzędza zawsze sobie mogę tu pod­jechać, z sym­pa­tią poroz­maw­iać. To bard­zo miłe. Niek­tórzy zdzi­wieni „tren­erze, to tren­er jeszcze przy­jeżdża, jak tren­er pracu­je w Unii?” A dlaczego nie mam przy­jechać, jeśli mam czas? Miło mi się z nimi spotkać, opowiedzieć kawał, poroz­maw­iać o grze. Staram się być pozy­ty­wnie nastaw­iony do życia i do ludzi, z który­mi mam przy­jem­ność pra­cow­ać.

Słucha­jąc pana odnosimy wraże­nie, że pił­ka noż­na to całe pana życie. To praw­da?

Tyle lat się grało… Chci­ałem się wyr­wać z Dusznik, żeby moje nazwisko gdzieś tam zaist­ni­ało. Nie jako prezy­dent mias­ta, czy rad­ny. Pokochałem tą dyscy­plinę, nie będę opowiadał, jak to kiedyś było. Kiedyś, jak spróbowałem opowiedzieć to moim — ter­az już dorosłym dzieciom, to powiedzieli „tata, nie grzeb już w tru­pach”. Inne cza­sy.

Fajnie, że jestem w tym żywiole. To miłe, jak od cza­su do cza­su mnie ktoś rozpoz­na na przykład pod­czas bie­ga­nia po Lubo­niu. Sym­pa­ty­cznie, że ludzie mnie jeszcze pamię­ta­ją, ale cza­sem jest to też męczące, jak Lech gra jak­iś ważny mecz i wchodzę do sklepu i połowę rzeczy zapom­i­nam. Serio! Człowiek się sku­pia, że ma kupić masło, a tutaj jeden z kibiców, pyta mi się, co się z tym Lechem dzieje. Wychodzę ze sklepu, wsi­adam do samo­chodu i myślę „ja pierdzielę, połowy rzeczy zapom­ni­ałem!”

Wtedy wracam do sklepu i cza­sem może już nawet nie jestem miły, może nie odburknę, ale powiem przepraszam, bo nie mam cza­su. Naprawdę chcę zro­bić tylko zakupy. Staram się z każdym poroz­maw­iać. Ostat­nio sto­ję w spoży­w­czym i przede mną stoi dwóch facetów i kupu­ją flaszkę. Ja ubrany w czap­kę, tak, że sam bym siebie nie poz­nał, a on nagle pyta:

-Jak dłu­go będą nas jeszcze katować tym Thoma­l­lą, tren­erze?

-Prze­cież to nie moja wina – odpowiadam — jedź­cie do dzi­ałaczy Lecha i z nimi poroz­maw­ia­j­cie.

Sym­pa­ty­cznie odbier­am niek­tórych ludzi. Zna­jo­ma powiedzi­ała, że jestem lokalnym cele­bry­tą. Staram się niko­mu nie odmaw­iać. W poniedzi­ałek jest pię­ci­ole­cie MC Radia i mnie zaprosili. Dzwoni do mnie naczel­ny, pan Łukom­s­ki i mówi „Jarek, nie będzie nic o losowa­niu. Przysięgam

”. To co mam odpowiedzieć, nie? To co sobie pomyślą? „Nie no, kur­wa. Poje­bało mu się”. Staram się nie odmaw­iać, ale niekiedy to już jest taki męt­lik, że nie wiem gdzie, co i kiedy. Cór­ka w ciąży, każdy tele­fon od niej to dla mnie cza­jnik w głowie. Jeszcze tren­ing muszę rozpisać, jeszcze smsy od zawod­ników odczy­tać. „Tren­erze, mnie dzisi­aj nie będzie”. No fajnie, tylko szko­da, że się nie pod­pisu­ją! Prze­cież nie mam wszys­t­kich tele­fonów zapisanych. Na szczęś­cie od razu piszą do mnie i do mojego asys­ten­ta.

 

Add a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress