Gostomski: Twardo stąpam po ziemi

Bronił barw warsza­wskiej Legii, ter­az broni dostępu do bramki poz­nańskiego Lecha, cho­ci­aż tak naprawdę wcale nie chci­ał być bramkarzem. Zobacz­cie, co Gostek mówi o swoich początkach, o Lechu, a także o zbliża­ją­cym się finale Pucharu Pol­ski.

 Jak zaczęła się two­ja przy­go­da z piłką nożną? Jak wspom­i­nasz okres w Car­tusii Kar­tuzy?

— Moja przy­go­da z piłką zaczęła się, jak więk­szość przygód – przez przy­padek. Jako młody dzieci­ak pojechałem z klasą na turniej. Wyróż­ni­ałem się i zauważył mnie tren­er Car­tusii, Janusz Meiss­ner. Dzięki temu zacząłem jeźdz­ić na treningi do Kar­tuz, 6km od domu.

Już wtedy wiedzi­ałeś, że właśnie to chcesz robić w życiu?

- Nie. Nie miałem wtedy żad­ny­ch planów, po pros­tu uwiel­bi­ałem grać w piłkę i strze­lać bramki. Grałem jeszcze wtedy w polu, na szpicy lub na lewej pomo­cy. Piłkę z początku trak­towałem tylko jako hob­by.

Jak to się stało, że ostate­cznie stanąłeś między słup­kami?

- Zacząłem bronić też przez przy­padek – pod­czas jed­ne­go turnieju zachorował bramkarz, a ja byłem najwyższy, szkole­niowiec mnie tam postaw­ił i tak już zostało. Moim pier­wszym trenerem był Łukasz Jankowski, człowiek obec­nie kom­plet­nie niez­nany, ale dużo mu zawdz­ięczam. Trenowałem z nim
2 czy 3 razy w tygod­niu, gdy miałem 10 lat. Spodobało mi się bronie­nie.

Miałeś jakiegoś bramkarskiego idola? Kogoś na kim się wzorowałeś?

- Podoba mi się Manuel Neuer z Bay­er­nu Monachi­um, bo jest niesamowicie odważny w tym co robi, ma bard­zo pewne ruchy i wyjś­cia z bramki. Jed­nak nie uważam, żejest on moim wzorcem czy idol­em. Nie staram się go kopi­ować. Podoba mi się jego styl, aczkol­wiek nie chcę niko­go naślad­ować, chcę być sobą.

Ostat­nio wielu piłkarzy mówi, że przed końcem kari­ery chce wró­cić na chwilę do klubu, który ich stworzył. Myślałeś o tym, by przed emery­turą zagrać jeszcze w Car­tusii Kar­tuzy?

- Jak najbardziej! Mam takie myśli, mimo że do emery­tu­ry mi jeszcze trochę braku­je. Jestem bard­zo sen­ty­men­tal­ny i coś mnie ciąg­nie na Kaszuby. Gra­jąc na Pomorzu w Kar­tuzach, Kościerzynie czy Bytowie, zawsze kibi­cow­ałem Arce Gdy­nia i miałem ten klub w ser­cu. Moim marze­niem było i zawsze będzie to, żeby tam kiedyś zagrać. Wyda­je mi się, że to nat­u­ral­na kolej rzeczy – tam gdzie się zaczy­na przy­godę, tam też się ją kończy. Jed­nak mam nadzieję, że jeszcze trochę pogram [śmiech].

Najpierw kierunek zachód?

- Sam nie wiem. Sku­pi­am się na treningach i grze w Lechu, nie myślę do przo­du. Cho­ci­aż rok temu parę klubów przysłało zapy­tanie o mnie.

Ile było prawdy w tym, że Bel­go­wie pytali o ciebie?

- Prawdy w tym było dużo, ale zawsze pow­tarzam, że bard­zo daleka dro­ga od momen­tu zain­tere­sowa­nia, do trans­feru i pod­pisa­nia kon­trak­tu. Wszys­tko się może zdarzyć, dlat­e­go ja wierzę w trans­fer dopiero, jak pod­piszę papier. Nie ma co myśleć do przo­du, bo wiele było his­torii, gdzie piłkarz już był jed­ną nogą w klu­bie, a nagle się okazy­wało, że cały trans­fer nie dojdzie do skutku.

Jeśli by napłynęła ofer­ta zza wschod­niej grani­cy, to poszedłbyś śladami np. Łukasza Teodor­czyka?

- Właśnie sytu­ac­ja Teodor­czyka, to ide­al­ny przykład. Przez parę miesię­cy wszyscy mówili, że pójdzie gdzieś do Bun­desligi. Wszys­tko ponoć było załatwione, a nagle się rozwiąza­ło i w ostat­nim momen­cie poszedł do Kijowa. Dlat­e­go nie myślę ter­az o tym.

Masz jak­iś wymar­zony klub, w którym chci­ałbyś zagrać?

- Klub nie, ale podoba mi się cała liga holen­der­ska. Szkole­nie bramkarzy w Ere­di­visie stoi na bard­zo wysokim poziomie, dlat­e­go wyda­je mi się, że to świet­ny kierunek dla piłkarzy wys­tępu­ją­cy­ch na tej pozy­cji. Świet­nym przykładem może być mój zna­jomy Prze­mysław Tytoń, albo kiedyś Jerzy Dudek. Może nie jest to najsil­niejsza liga Europy, ale jest solid­na i wyma­ga­ją­ca. Wiado­mo jed­nak, że marze­niem jest liga ang­iel­ska.

Już kiedyś tam trenowałeś. Miałeś staże w Boltonie, Man­ches­terze City, Southamp­ton
i Londyńskim Ful­ham. Jak wspom­i­nasz tamten okres?

- Zacząłem staże dość szy­bko, jako młody chłopak. Kiedy przyszedłem grać do szkółki w Szamo­tułach, to byłem jeszcze tzw. surówka, czyli nie wiedzi­ałem zbyt­nio nic o pro­fesjon­al­nym bronie­niu. Pojechałem z Jarkiem Fojutem i niezbyt dobrze wspom­i­nam ten okres, bo nie potrafiłem zbyt dużo, aczkol­wiek miałem przy­na­jm­niej okazję pod­pa­trzeć, co tam się dzieje. Różni­ca jest kolos­al­na. Pewnie dłu­go nie będziemy w Polsce mieć takich warunk­ów, jakie mają w każdym ang­iel­skim klu­bie. Zaplecze tren­er­skie, infra­struk­tu­ra, boiska, poziom szkole­nia — wszys­tko było na najwyższym poziomie. Jedynie szkole­nie bramkarzy trochę odstawało w ang­iel­s­kich akademi­ach. Nie był to świa­towy top, dlat­e­go wyda­je mi się, że pozostanie wtedy w Polsce, pod okiem dobrych fachow­ców, jak Andrzej Daw­idz­iuk i później tren­er Krzysztof Dowhań, to był naprawdę dobry pomysł.

Ale nie zawsze było w Polsce tak kolorowo. Miałeś kiedyś chwile zwąt­pi­enia, że jak nie idzie, to lep­iej rzu­cić to wszys­tko?

— Cho­ci­ażby w Bał­tyku Gdy­nia 4 lata temu. Przes­tałem bronić, w klu­bie nie dzi­ało się dobrze, pieniędzy z tego też nie było i miałem wtedy myśli, żeby to rzu­cić. Łączyłem pracę z piłką nożną i przez to musi­ałem codzi­en­nie wstawać o 5 rano. To był bard­zo trud­ny okres, ale na szczęś­cie udało się to przezwyciężyć i postaw­ić na swoim. Trochę szczęś­cia mi dopisało i w końcu zade­bi­u­towałem
w Ekstrak­lasie w bard­zo dobrym klu­bie.

Miałeś epi­zod gry w Legii Warsza­wa, jak wspom­i­nasz ten czas?

- „Epi­zod gry” to za dużo powiedziane. Ja tam nie zagrałem ani jed­ne­go ofic­jal­ne­go spotka­nia. 4 lata trenowałem, jakieś sukcesy odnosiłem z klubem, ale nie miałem w nie więk­sze­go wkładu. Nie mam do niko­go żalu, bo w końcu rozwinąłem się tam pod względem piłkarskim i fizy­cznym. Szko­da jedynie, że nie zagrałem, nie pokaza­łem się.

Myślisz, że to był okres, który przystopował trochę two­ją kari­erę?

- Mogłem iść do innego klubu, na przykład z pier­wszej ligi, czy do słab­sze­go klubu z Ekstrak­lasy i tam może bym dostał więcej szans na grę, bo w Legii poprzeczka była zaw­ies­zona bard­zo wysoko. Konkurenc­ja była niesamowicie duża, szczegól­nie jak był jeszcze Łukasz Fabi­ański i Ján Mucha. Ciężko było mi się prze­bić nawet do 18stki, a co dopiero do pier­wsze­go składu. Z per­spek­ty­wy cza­su mogę ocenić, że nie był to świet­ny okres mojej kari­ery, aczkol­wiek dostałem szan­sę trans­feru do Legii i nie dzi­wię się sobie, że wtedy się na ten ruch zde­cy­dowałem. Na szczęś­cie zaprowadz­iło mnie to ostate­cznie tu, gdzie ter­az jestem.

Jak bard­zo Legia zmieniła się na przestrzeni ostat­nich lat? Wtedy widzi­ałeś klub od środ­ka, dzisi­aj patrzysz na nich gra­jąc prze­ci­wko nim.

- Nowa orga­ni­za­c­ja klubu, nowy sta­dion. Rozwinęli się. Pojaw­ił się u nich zachód i pro­fesjon­al­ne pode­jś­cie do piłki. Zaplecze sportowe mają potężne. Legia to moc­ny klub, nie tylko pod względem piłkarskim, ale także jako fir­ma. Zresztą podob­nie jak Lech.

Przyjąłbyś obec­nie ofer­tę z Warsza­wy?

- Ciężko mi na to pytanie odpowiedzieć. W Legii są dobrzy bramkarze, a ja patrzę na swój rozwój i życie pry­wat­ne. Dla mnie to pra­ca i nie łącze tego z kibi­cow­aniem.  Dla kibi­ca byłby to bard­zo bolesny trans­fer i ciężko byłoby im się z tym pogodz­ić. Przykładem może posłużyć Bartek Bereszyński. Jed­nak to moja pra­ca i musi­ałbym się zas­tanow­ić. Pow­tarzam jed­nak, że w Lechu Poz­nań czu­ję się bard­zo dobrze.

W jaki sposób pojaw­iła się ofer­ta z Lecha?

- Bard­zo spon­tan­icznie. Skończyła mi się umowa z Bytovią i pojaw­iło się pytanie: „co dalej?”. Nie wiedzi­ałem, czy przedłużyć z nimi kon­trakt i wal­czyć o pier­wszą ligę, czy spróbować swoich sił wyżej. Pojaw­iła się ofer­ta z Lechii Gdańsk, jed­nak nie była ona sen­sow­na. Tren­er Pro­bierz nie do koń­ca spre­cy­zował swo­je żąda­nia co do mojej osoby. Na szczęś­cie wtedy zadz­wonił do mnie tren­er Daw­idz­iuk i zaryzykowałem. Znowu rzu­ciłem się na głęboką wodę, bo w Lechu konkurenc­ja jest niesamowicie duża i pres­ja, która ciąży na zawod­nikach jest także ogrom­na. Ter­az jed­nak byłem już bardziej przy­go­towany pod względem men­tal­nym. Wiedzi­ałem czego chcę. Udało się, lep­iej nawet niż oczeki­wałem.

Dłu­go się zas­tanaw­iałeś nad przyję­ciem ofer­ty z Poz­na­nia?

- Na pewno nie było to: „Ło! Lech do mnie pisze! Zostaw­iam wszys­tko i idę!”. Nie, nie, nie. Fakt, że miałem tylko 3, może 4 dni na zas­tanowie­nie, bo kończyły się roz­gry­wki 2 ligi, a Ekstrak­lasa zaczy­nała już grać. Więc nie było dużo cza­su, jed­nak przyz­nam, że się wahałem. Ostate­cznie jed­nak zde­cy­dowałem, że zaryzyku­ję, spróbu­ję swoich sił i opłaciło się. Nie żału­ję, nie mam zresztą prawa. Nawet jak­bym się nie prze­bił w Lechu, to wyda­je mi się, że i tak mógłbym z siebie być zad­owolony, bo spróbowałem sił w jed­nym z najlep­szy­ch pol­s­kich klubów. Wyszło na szczęś­cie wszys­tko ide­al­nie.

Pamię­tasz swój pier­wszy dzień w Lechu? Był duży stres?

- Pier­wszy raz spotkałem się z chłopakami na zgrupowa­niu w Opaleni­cy. Dopiero co skończyłem swój sezon i pamię­tam, że byłem wycz­er­pa­ny, a tu znowu 2 treningi dzi­en­nie, bez odpoczynku po ostat­nich spotka­ni­ach. Przy­jechałem na tren­ing i praw­ie nikt nie wiedzi­ał kim jestem i skąd się wziąłem. Na szczęś­cie wtedy tren­er Rumak dał mi 5 dni wol­ne­go. Wró­ciłem do Poz­na­nia, znalazłem mieszkanie, przy­go­towałem się men­tal­nie i na spoko­jnie wró­ciłem na zgrupowanie. Pier­wsze wejś­cie do szat­ni pamię­tam doskonale. Niek­tórych ludzi znałem, inny­ch nie. Nie byłem w stu pro­cen­tach anon­i­mowy, bo parę osób kojarzyło mnie z kadry.

Z jakim nastaw­ie­niem przy­chodz­iłeś do klubu?

- Bard­zo pozy­ty­wnym. Pamię­tałem piękne mecze z Juven­tusem Turyn czy Man­ches­terem City. Braku­je tego trochę ter­az. Mnie także i nie dzi­wię się, że wszyscy w Poz­na­niu czeka­ją na mecze w europe­js­kich pucharach. Przy­chodząc nie myślałem kat­e­go­ri­ami, żeby zwo­jować i wygrać tutaj wszys­tko, twar­do stą­pam po ziemi, aczkol­wiek nie przy­jechałem tutaj by być trzec­im bramkarzem. Od razu zacząłem pra­cow­ać i udowad­ni­ać, że stać mnie na więcej. Chci­ałem grać i zdawałem sobie sprawę, że jest to w moim zasięgu. Wiedzi­ałem, że jestem w stanie dobrze bronić i pomóc drużynie. Szansa pojaw­iła się szczęśli­wie szy­bko i wyda­je mi się, że ją wyko­rzys­tałem.

Tą szan­są był mecz z Piastem Gli­wice, gdzie wygral­iś­cie, a ty zachowałeś czys­te kon­to.

- Stre­sik był wtedy spory. Obec­nie byłby to stan­dar­d­owy mecz, bo już tyle spotkań w ekstrak­lasie roze­grałem, ale wtedy było to coś bard­zo ważne­go. Pojechal­iśmy tam w trud­nym momen­cie, jed­nak czułem się fan­tasty­cznie. Pod­den­er­wowany, ale spełniony. Do koń­ca nie wierzyłem w to, że gram w Ekstrak­lasie, nawet po meczu. Później dostałem mnóst­wo smsów od zna­jomy­ch z grat­u­lac­jami. Udało się wygrać 2:0 i to był początek wszys­tkiego.

Koledzy w szat­ni pomogli tobie przy­go­tować się do tego spotka­nia?

- Głównie tren­erzy. Nie znałem się z chłopakami tak, jak ter­az i nie było wtedy takiego zau­fa­nia. Oczy­wis­te jest to, że nieważne czy znamy się 10 lat czy dopiero od miesią­ca, to nakrę­camy się przed meczem wspól­nie, bo jedziemy na tym samym wózku. Jed­nak wtedy więcej roz­maw­iałem z tren­erami i to oni mnie uspoka­jali, ale też praw­da, że nie potrze­bowałem tego już tak bard­zo, bo byłem przy­go­towany i wiedzi­ałem czego chcę i co muszę zro­bić. Nie byłem młodym chłopakiem, który przyszedł i nagle gra w ważnym meczu. Broniłem od wielu lat i to było potwierdze­niem tego, co robiłem na treningach.

Co powiedzi­ał tren­er Rumak przed meczem?

- O tym kto będzie bronił, dowiedzi­ałem się 3 godziny przed spotkaniem. Tren­er zbyt dużo nie mówił. Przed­staw­ił taki skład, wys­zliśmy i wygral­iśmy. Więc trze­ba przyz­nać, że pod­jął słuszną decyzję, bo zyskaliśmy 3 punk­ty.

Jak wyglą­da two­ja rywal­iza­c­ja z Krzyśkiem Kotorowskim i Jas­minem Buriciem?

- Daje­my z siebie wszys­tko na treningach, pomagamy sobie. Nie ma między nami jak­iś niesym­pa­ty­czny­ch sytu­acji. Żyje­my w poko­ju i mamy dobrą atmos­ferę na treningach. Nie mamy do siebie pre­ten­sji, że ktoś gra, a ktoś nie. To w końcu nor­mal­ne. Wiado­mo, że oni źle się czu­ją, że nie gra­ją, ale ja miałem taki sam okres wcześniej. To są zawodow­cy, tak samo jak ja i to nor­mal­ne, że raz się gra, a raz siedzi na ław­ie.

Reprezen­towałeś Pol­skę na szczeblu młodzieżowym. Jakie to było uczu­cie grać z orłem na pier­si?

- Dość szy­bko zacząłem grać w kadrze. Znaleźć się wśród najlep­szy­ch juniorów z całej Pol­ski – to było ogrom­ne wyróżnie­nie. Pozwiedza­łem trochę z moim rocznikiem, gra­jąc z druży­nami z inny­ch kra­jów. Wyniosłem z tego bard­zo dużo doświad­czenia i jeszcze bardziej zmo­ty­wowało mnie to do pra­cy. Taki epi­zod to świet­na okaz­ja, żeby się gdzieś pokazać. Roi się tam od menadżerów i skautów
z zagraniczny­ch lig.

Konkurenc­ja w bram­ce Pol­ski jest niesamowicie duża, ale marzysz, żeby kiedyś stanąć między słup­kami w seniorskiej reprezen­tacji?

- To marze­nie zawsze mi towarzyszy. To jest coś, co zawsze będzie moim celem. Jed­nak uważam, że gra­jąc w Lechu w ekstrak­lasie czy europe­js­kich pucharach, także reprezen­tu­ję swój kraj.

Leo Been­hakker zabrał cię kiedyś na zgrupowanie do Tur­cji. Masz do niego uraz, że nie poz­wolił ci wtedy zade­bi­u­tować?

- Broniłem w jed­nym meczu sparingowym, ale nie był on ofic­jal­ny. Nie mam do niko­go żalu, bo wiedzi­ałem, że numerem jeden będzie Mar­iusz Pawełek. Pozy­ty­wnie zaskoczyłem się z samego dania mi szan­sy i bard­zo się cieszyłem, że mogłem tam być.

Będąc w Lechu współpra­cow­ałeś z dwoma tren­erami bramkarzy. Z którym lep­iej ci się pra­cow­ało?

- Jeśli powiem, że jed­ne­go lubię bardziej, to drugi będzie na mnie zły i na odwrót [śmiech]. Na tym szczeblu poziom szkole­nia musi być najwyższej klasy. Zarówno Andrzej Krzysz­tałow­icz i wcześniej Dominik Kubi­ak, to świet­ni fachow­cy i z jed­nym, jak i z drugim, bard­zo dobrze mi się współpracu­je.
Z trenerem Kubi­akiem zro­biłem ogrom­ny postęp w grze nogą, wprowadze­niem piłki, ustaw­ian­iem się. Znamy się od cza­sów juniors­kich i razem obe­jrzeliśmy mnóst­wo anal­iz, które mi bard­zo pomogły. Nato­mi­ast tren­er Krzysz­tałow­icz to świet­ny bramkarz, który bronił w Ekstrak­lasie i ma duże doświad­cze­nie, którym dzieli się ze mną. Robił to, co robię obec­nie, czyli grał na najwyższym szczeblu w Polsce. Poma­ga mi poz­nać ligę od kuch­ni, anal­izu­je­my sytu­acje przed­mec­zowe i dużo poma­ga mi w sferze psy­cho­log­icznej przed i po meczu.

Wielu kibiców iry­tu­je to, że cza­sami rozpoczy­nasz akc­je świecami, po których ciężko stworzyć kon­tratak. Czemu decy­du­jesz się na takie wprowadzanie piłki do gry?

- Każdy ma praw­do do włas­ne­go zda­nia, ale ja słucham tego, co mówi tren­er Sko­rża i jeśli on w anal­izie twierdzi, że na 15 wykopów 14 jest dobrych, to mi to wystar­cza i nie słucham inter­ne­towych ekspertów. Wiado­mo, że cza­sami coś nie wyjdzie. Boisko nie zawsze jest ide­al­ne, do tego dochodzą ner­wy i zmęcze­nie, dlat­e­go od cza­su do cza­su wyjdzie świeca, aczkol­wiek staram się ostat­nio wprowadzać także dużo ręką. Nie słucham najczęś­ciej opinii w internecie i sku­pi­am się na dochodze­niu do per­fekcji na treningach. Na przykład ostat­nio mieliśmy dodatkowy tren­ing bramkarski, gdzie wyłącznie pra­cow­al­iśmy nad grą nogami. Zda­ję sobie sprawę, że kry­tyka po prze­granym czy zremisowanym meczu idzie głównie w kierunku bramkarzy i nawet jeśli wybronię kilka piłek, to i tak więk­szość zauważy tylko tą złą inter­wenc­je. Jed­nak jestem do tego przy­go­towany
i men­tal­nie odporny.

Poroz­maw­ia­jmy o Ekstrak­lasie. Śmi­ało moż­na was nazwać królami remisów, bo macie ich aż 12 na swoim kon­cie. Masz jakieś wytłu­macze­nie, dlaczego tak ciężko wam wywieźć kom­plet punk­tów z boisk rywali?

- Ciężko powiedzieć. Anal­izu­je­my to w klu­bie i nie wiem co jest tego przy­czyną. Nie jesteśmy tą samą drużyną na wyjaz­dach, coś się prz­ery­wa. Może to kwes­t­ia tego, że u nas jest świet­na atmos­fera, kibice, a na boiskach rywali kli­mat jest jed­nak troszkę inny. Być może gramy tez mniej odważnie jako goś­cie. Jed­nak ostat­nio wygral­iśmy z Podbeskidziem i liczę, że to będzie przeła­manie. Myślę, że coś się odbloku­je w naszy­ch głowach i pójdziemy za ciosem. Jeśli chce­my myśleć o mis­tr­zost­wie, to nie może­my dopuszczać do sytu­acji, gdzie tracimy punk­ty z teo­re­ty­cznie słab­szymi rywalami.

Tren­er Sko­rża powiedzi­ał ostat­nio, że walka o mis­tr­zost­wo nie roze­gra się tylko między Lechem
i Legią, ale zawal­czy jeszcze Śląsk i Jagiel­lonia. Zgadza­sz się z tym?

- Jak najbardziej. Run­da zasad­nicza pomału się kończy, a doszły do nas już słuchy, że nie mamy szans, bo Legia nam uciekła i już jej nie dogo­nimy. Jed­nak nie zapom­i­na­jmy o podziale punk­tów. Mamy dwa oczka straty, więc po odcię­ciu zostanie tylko jeden. Jest jeszcze mnóst­wo punk­tów do zdoby­cia i tyle opcji, że każdy z czołówki może zdobyć mis­tr­zost­wo. Różnice po podziale robią się naprawdę niewielkie i bezpośred­nie spotka­nia mogą decy­dować o tym, kto będzie tri­um­fował, kto będzie w pucharach europe­js­kich, a kto nie. Dzi­wią mnie opinie, że już wszys­tko jest rozstrzyg­nięte. My robimy swo­je i chce­my wygrać. Nie pod­palamy się i dobrze, że nie prze­gry­wamy. Pamię­ta­jmy, że ostat­nio był trud­ny okres – Puchar Pol­ski i liga, dlat­e­go gral­iśmy co 3 dni. Zresztą… nie wierzę w to, że Legia wygra wszys­tko do koń­ca sezonu.

W tym sezonie stoczyliś­cie dwa boje z Legią i zdobyliś­cie 4 punk­ty, a to dopiero połowa meczów z nimi. Jaka atmos­fera towarzyszy wam przed dwoma kole­jnymi?

- Przed takimi mecza­mi nie trze­ba nas spec­jal­nie moty­wować, bo każdy wie, że to bard­zo ważny mecz dla kibiców i dobrze by było, gdy­byśmy pod­chodzili do każde­go meczu tak, jak do meczu z warsza­w­iakami. Mecze z Legią są bard­zo fajne i towarzyszą im niesamowite emoc­je, było to widać pod­czas ostat­niej wygranej w Poz­na­niu, jed­nak pamię­ta­jmy, że to tylko mecze o 3 punk­ty. Są ważne, bo bezpośred­nie, aczkol­wiek dają tyle samo punk­tów, co za każdy inny wygrany mecz, dlat­e­go trze­ba także wygry­wać takie spotka­nia, jak z Koroną Kiel­ce czy Górnikiem Łęcz­na.

Dla ciebie mecze z Legią są szczegól­nie ważne?

- Nie. Nigdy nie byłem spec­jal­nie związany z Legią. Spędz­iłem tam sporo cza­su, ale zawsze byłem na uboczu. Trenowałem, ale nie grałem, a jak już to w rez­erwach. Jeźdz­iłem na mecze z pier­wszą drużyną, ale to nie było coś, dzięki czemu moż­na było powiedzieć: „Gos­tom­ski to człowiek Legii”. Ter­az jestem związany z Lechem Poz­nań i jestem kojar­zony z tym klubem. Czu­ję się lechitą, a nie legion­istą.

Wspom­ni­ałeś o podziale punk­tów. Rok temu on nic wam nie dał. Sezon kończyliś­cie z taką samą stratą do Legii, jak po 30 kole­jkach. Ter­az będzie inaczej?

- Najważniejsze mecze gramy na początku, a nie na końcu. Dzięki temu może dużo się zmienić. Straty dużej nie będzie, a mam nadzieję, że w ogóle ją zni­welu­je­my w ostat­nim meczu rundy zasad­niczej. Zostanie potem 7 spotkań, więc punk­tów do zebra­nia jest jeszcze mnóst­wo. Jed­nak co by się nie dzi­ało – będziemy wal­czyć do koń­ca.

Czarny koń, czyli Błęk­it­ni, zas­zli niesamowicie daleko w Pucharze Pol­ski, ale nikt nie sądz­ił, że wygra­ją z wami choćby mecz. Ich wygrana w Star­gardzie to był dla ciebie szok?

- Zde­cy­dowanie, ale gdzieś w środ­ku wiedzi­ałem, że to będzie trud­na przeprawa. Nie raz grałem w takich meczach w drugiej lidze i wiem, jakie to są spotka­nia i jaka atmos­fera im towarzyszy. Do małe­go klubu przy­jeżdża druży­na z Ekstrak­lasy i to do tego topowa, więc pewne było to, że chłop­cy ze Star­gar­du dadzą z siebie wszys­tko. Od początku nie był to mecz, w którym dobrze się czuliśmy.

Odetch­nąłeś z ulgą po golu Daw­ida Kow­nack­iego na 3–1, który dał wam dogry­wkę i odro­bił wynik z pier­wsze­go spotka­nia?

- I to jak! Ner­wówka była szczegól­nie po pier­wszym stra­conym golu. Nie wierzyłem w to, co się dzieje, ale wiedzi­ałem, że stać nas na strze­le­nie pię­ciu bramek. Strze­lal­iśmy nie raz tyle goli w Ekstrak­lasie, więc z zespołem z drugiej ligi też byliśmy w stanie tego dokon­ać. To była kwes­t­ia cza­su i wstrze­le­nia się w siatkę.

Co myśleliś­cie przed meczem o Błęk­it­ny­ch? Przes­zli Cra­cov­ię, więc to nie mógł być tak łatwy mecz, jak ze Zniczem.

- Ja w ogóle sądz­iłem, że ze Zniczem także będzie czekała nas trud­na przeprawa i nie myliłem się. Wygral­iśmy wysoko, ale gdy­by oni strzelili gola na 2–1, a nie w słu­pek, to ten mecz mógłby zupełnie inaczej się potoczyć. To był moment przeło­mowy, bo chwilę później to my trafil­iśmy do siatki i ustaw­iliśmy sobie mecz. Nato­mi­ast Błęk­it­ni nie przez przy­padek zas­zli tak daleko. Piłkarze ze Star­gar­du udowod­nili, że mają ambic­je i umiejęt­noś­ci w meczach z nami czy właśnie wcześniej w Krakowie. Sza­cunek dla nich i tren­era, ale my jesteśmy kla­sową drużyną i nie mogliśmy sobie poz­wolić na porażkę. Udało się strzelić więcej bramek i jesteśmy w finale.

Koniec końców zmi­ażdżyliś­cie ich w drugim meczu. Jak będzie z Legią?

- Też wygramy 5–1 [śmiech]. Atmos­fera wyda­je się fan­tasty­cz­na przed meczem w Warsza­w­ie. Bard­zo się cieszę, że jesteśmy w finale i może­my zagrać na Sta­dion­ie Nar­o­dowym. To duże wyróżnie­nie dla nas, dla klubu, dla kibiców. Cel mamy oczy­wiś­cie jeden – wygrać, zresztą po to się gra w finałach. Ostat­nio wygral­iśmy i liczymy na powtórkę. Pozy­ty­wny dreszczyk emocji już nam towarzyszy.

Dużym plusem jest to, że gra­cie na Sta­dion­ie Nar­o­dowym, a nie na Sta­dion­ie Miejskim?

- Atut włas­ne­go boiska jest bard­zo istot­ny, ale mimo że oba sta­diony leżą w Warsza­w­ie, to Sta­dion Nar­o­dowy jest całkowicie neu­tral­nym teren­em. Legia zna doskonale swój sta­dion, a tego już nie. Będziemy grali na pięknym i przy­go­towanym do takich właśnie meczów obiek­cie. Miejmy tylko nadzieję, że nie będzie padać [śmiech]. To jest świę­to pol­skiej piłki. Dwie najlep­sze drużyny z kra­ju zagra­ją mecz o Puchar. Wyda­je mi się, że ciekawsze­go meczu nie może­my sobie w Polsce wyobraz­ić.

Czu­je­cie się men­tal­nie moc­niejsi po meczu z Błęk­it­nymi? Udało się odro­bić wynik i wstać z kolan.

- Po prze­granym meczu 1–3, cały następ­ny tydzień był dla nas udręką. Byliśmy zestre­sowani bardziej niż przed meczem ligowym. Trze­ba było wygrać i prze­jść dalej. Pres­ja była dużo, tym bardziej, że gral­iśmy z 2 ligow­cem i gdy­byśmy prze­grali, to wstyd byłby na całą Pol­skę. Ale udało się i psy­chicznie jesteśmy zde­cy­dowanie moc­niejsi.

W grud­niu kończy ci się kon­trakt. Są już roz­mowy na tem­at jego przedłuże­nia?

- Na razie sku­pi­am się na grze i treningach. Do koń­ca grud­nia jeszcze sporo cza­su i jeśli będę dalej dobrze grał i klub wyrazi chęć dal­szej współpra­cy ze mną, to zasiądziemy do rozmów. Poży­je­my, zobaczymy. Ja czu­ję się bard­zo dobrze w Poz­na­niu i myślę, że robię dobrą robotę. Pokaza­łem się
z dobrej strony i chcę tę passę kon­tyn­uować.

Na zakończe­nie – jaki jest pry­wat­nie Maciej Gos­tom­ski?

- Bard­zo sym­pa­ty­czny, przys­to­jny, łysy [śmiech]. Wyda­je mi się, że jestem pozy­ty­wnym człowiekiem, który lubi ciszę i spokój. Do tego sądzę, że nie szukam sen­sacji.

Roz­maw­iali Mar­ta Kicińska i Maciej Kliks

Add a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress